Copybook |
When I was your age, television was called books — William Goldman maegBlog | Zasadniczo o fantastyce Legendum est | Katedra |
Często się słyszy, że za mało jest science w science fiction. Że to przecież podstawa. Przemilczmy już fakt, że taka postawa ma sens jedynie w sf bliskiego zasięgu, odnoszę jednak wrażenie, że ta nauka to albo pobożne życzenia autora, albo przeniesie w przyszłość stanu obecnego. Dopiero jednak M. John Harrison doskonale zilustrował to, o czym myślałem w takich chwilach:
Kosmos był duży i chłopcom z Ziemi mimo woli imponował wszystkim, co w nim znajdowali; ale co gorsza, ich nauka była kompletnym bajzlem. Każda rasa, jaką spotykali po drodze przez Jądro, miała napęd międzygwiezdny opierający się na innej teorii. Wszystkie działały, nawet jeśli nawzajem wykluczały swoje fundamentalne założenia. Zaczynało wyglądać na to, że można latać między gwiazdy, założywszy sobie cokolwiek. Jeśli twoja teoria mówi, że trzeba działać w przestrzeni o strukturze piany – i łapać w niej falę – nie wyklucza to, że w tym samym kwadracie pustej przestrzeni może sobie żeglować inny statek, dla którego jest ona idealnie gładka i einsteinowska.
— “Światło”, M. John Harrison (s. 132-133)
“Gdyby to koty miały definiować świat, ważne miejsce zajmowałyby w nim pożerane dla zabawy muchy”
— “Viriconium”, M. John Harrison